Polscy absolwenci zamiast umiejętności mają w głowach pełno formułek. I potrwa to tak długo, aż oceny na studiach nie będą przyznawane za kreatywność i mobilność, a testy kompetencji, w których student opisuje, jak ustawić maszynę, przestaną odbywać się na papierze.
Polskie uczelnie prześcigają się w wymyślaniu nowych kierunków i atrakcji dla studentów, mimo to model nauczania jest dla wszystkich jeden i ten sam. Niektóre z nich dają studentom wolną rękę w pewnych sprawach, ale wciąż jest to „wolność” ograniczona. Według badań na temat jakości polskiej edukacji zleconych m.in. przez PKPP Lewiatan, polski model nauczania nie przystaje do światowych standardów. Poziom praktycznej wiedzy jest daleki od potrzeb pracodawców.
Rewolucja na własną rękę
Niektóre uczelnie, widząc ślepy zaułek, do którego prowadzi skostniały system nauczana, na własną rękę szukają rozwiązań. Najtrudniej pod tym względem mają publiczne uniwersytety, które podlegają dyrektywom Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW). Przez lata student mógł uczestniczyć w konkretnych wykładach i o wyznaczonej porze – to powoli się zmienia. – Nasz model nauczania jest teraz bardziej elastyczny. Poza naciskiem na dobre przygotowanie teoretyczne student może wybrać dodatkowe przedmioty, nawet z innych uczelni, o ile wypełnia wszystkie obowiązki związane z tokiem studiów na swoim podstawowym kierunku – mówi Jolanta Borysewicz z Biura ds. Promocji i Rekrutacji Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW). Na uczelni szanującej tradycję od lat funkcjonują platformy e-learningowe czy system USOS, który pełni funkcję dzienniczka online dla studenta. Zmiany osiągnęły zamierzony sukces – według raportu MNiSW za rok 2007/2008 UKSW była najczęściej wybieraną uczelnią w Polsce.
Podobne rozwiązania można znaleźć na Uniwersytecie Warszawskim, UJ czy w Gdańsku. Jest to pewien standard, choć niepozbawiony wad. Studenci w dalszym ciągu mają koszyk przedmiotów nakazanych, które muszą zaliczyć, bez względu na to, czy są one potrzebne, czy tylko zapewniają etat zasłużonemu pracownikowi. Uczelnie pozwalają czasem wybrać odpowiednią grupę odpowiadającą potrzebom studenta, np. UW. Jednak nie zmienia to faktu, że ocena z przedmiotu i tak musi być w indeksie.
Stopnie za myślenie
Mateusz Drzecki studiuje zarządzanie w Wyższej Szkole Zarządzania POU. Uczelnia daje studentom swobodę w wyborze przedmiotów, a nawet kolejności ich studiowania. – Studiowanie tutaj wymaga wiele wysiłku. Wykładowcy cenią jedynie za kreatywność i rozumienie tematu. To dość nowe podejście, z którym mam jeszcze problem – przyznaje. Student jest tutaj na pierwszym miejscu. Elastyczny harmonogram zajęć, zajęcia praktyczne w małych grupach i brak wykładów dla 200 osób mają zapewnić studentom sukces na rynku pracy. – Gdy rozmawiam z kolegami z innych uczelni, to widzę, że brakuje mi wiedzy teoretycznej, natomiast oni często nie wiedzą, jak rozwiązać konkretny problem z życia. Myślę, że praktyczne przygotowywanie jest o wiele ważniejsze niż lista wyuczonych formułek, z których i tak ktoś nie umie korzystać – mówi Drzecki.
W którą stronę?
Pod względem systemu nauczania uczelnie polskie dzielą się na cztery kategorie. Pierwsza: model tradycyjny, w którym student nie może nic zmienić (np. Wyższa Szkoła Administracji i Finansów w Gdańsku czy niektóre wydziały Akademii Leona Koźmińskiego).
Druga to uniwersytety publiczne, które poza kanonem oferują pakiet monografów i indywidualne specjalizacje. MNiSW pracuje nad nowymi przepisami, które mają zrewolucjonizować model nauczania wyższych szkół. Ale na razie wszystko leży w rękach uczelni. – Obecna ustawa nie zabrania uczestniczenia w zajęciach dodatkowych i uczelnie takie zajęcia fakultatywne prowadzą. Są jednostki, na których studenci mogą studiować przedmioty do wyboru z całego uczelnianego repertuaru – tłumaczy Bartosz Loba, rzecznik prasowy MNiSW. – Przewidujemy, że z czasem będzie to coraz popularniejsza formuła, tym bardziej, że zależy nam, aby powstawało jak najwięcej kierunków międzywydziałowych czy interdyscyplinarnych – dodaje.
Trzecia: I rok nauki to wyłącznie teoria i nic nie można zmienić, natomiast później „hulaj dusza” – student może wybrać indywidualny plan i zakres przedmiotów, które go interesują (m.in. na SGH). Czwarta, najbardziej zbliżona do modelu zachodniego: student na każdym poziomie ma założony zasób materiału, który powinien przerobić w zależności od poziomu studiów oraz wybranego kierunku. Jednak posiada swobodę w wyborze liczby jednocześnie studiowanych przedmiotów i, do pewnego stopnia, kolejności ich studiowania. Takie podejście można znaleźć m.in. na POU. – Teoria jest oczywiście bardzo ważna i nie umniejszałbym jej roli. Wiedzę z książek studenci mogą jednak przyswoić również w domu, bez konieczności słuchania teorii czytanej przez wykładowców na zajęciach. Wymaga to oczywiście zaangażowania ze strony studentów, ale właśnie na zaangażowaniu polega skuteczne nauczanie – podkreśla dr Bogdan Gorczyca, dyrektor ds. programów nauczania i MBA w Polish Open University (POU).
Studia albo praca
Anna Drelich jest studentką IV roku socjologii na UKSW. Poza ustalonym już planem zajęć sama wybiera przynajmniej cztery przedmioty, tzw. monografy, które muszą kończyć się egzaminem z oceną. – Jest to idealny sposób na pogłębienie swojej wiedzy w konkretnym temacie. Ponadto mogę wybrać przedmioty niezwiązane z moim kierunkiem studiów, które są wykładane na uniwersytecie – tłumaczy Ania.
Największy problem mają studenci, którzy już pracują. W momencie, gdy wykłady odbywają się rano – dla większości nie stanowi to jeszcze bariery w podjęciu pracy. Problemem są pojedyncze zajęcia w środku dnia, które burzą cały dzień. Na domiar złego zwykle są to obowiązkowe ćwiczenia, których student nie może opuścić. – Mój plan przewiduje zajęcia w każdy dzień tygodnia. Łączenie nauki z pracą, działalnością w organizacjach studenckich oraz badaniami socjologicznymi to naprawdę karkołomne zajęcie. Czasami trzeba być jednocześnie w kilku miejscach. Presja wynikająca z potrzeby połączenia większej ilości obowiązków czasami jest trudna do zniesienia – dodaje.
Bierzmy przykład?
Zagraniczne uczelnie stawiają na indywidualne przygotowanie studenta. Na każdym roku są najwyżej dwa przedmioty obowiązkowe. Następnie w oparciu o punkty ECTS (trzeba zdobyć ich pewną pulę w każdym semestrze) dokonuje się wyboru przedmiotów, ale nie tylko z oferty własnego uniwersytetu. Rozwija to kreatywność i mobilność studentów, a pełna sala świadczy o jakości wykładowcy. Co ciekawe, ukończone przedmioty „idą za studentem”. Jeżeli np. po roku zdecyduje, że wybrany kierunek lub uczelnia nie jest dla niego, może je zmienić i zacząć gdzie indziej, ale już od drugiego roku. Jeżeli do tej pory nie miał jakiegoś przedmiotu, wystarczy, że zda egzamin. Według Rafała Wiśniewskiego, socjologa z UKSW, taki system ma też pewne wady. – Panuje tu skrajna indywidualność, gdzie nie ma szans na stworzenie trwałych grup lub przyjaźni między studentami. Poza tym nie każdy jest na tyle samodzielny, aby odnaleźć się w takim systemie – twierdzi.
David Marino studiuje natomiast ekonomię na University of Pisa we Włoszech. Dwa lata temu kilka miesięcy studiował na uniwersytecie w Madrycie, a w minionym roku wyjechał na semestr do Francji. Dzięki porozumieniom między uczelniami David może studiować prawie w każdym państwie. We włoskim modelu nauczania już na pierwszym roku nie tylko wybiera przedmioty, których chce się uczyć, ale i moment, kiedy chce zdawać z nich egzamin. – Obecnie mam zaległy tylko jeden egzamin z pierwszego roku. Zazwyczaj staram się wszystko zdawać zaraz po zakończeniu semestru – mówi. Uczelnia na początku nauki przedstawiła mu też ścieżkę kariery dla jego kierunku. Na jej podstawie wybiera przedmioty, które są niezbędne do pracy na konkretnym stanowisku.
Praca – tak, ale nie po studiach
Opinie samych pracodawców o systemie nauczania są zgodne, choć nie najlepsze. – Najgorszymi pracownikami są absolwenci dopiero co po studiach. Oczywiście mają świetne referencje: znajomość języków i bardzo dobre kursy, ale gdy przychodzi co do czego, nie potrafią tego wykorzystać – mówi Piotr Strużek z firmy TechnoLab wdrażającej nowe rozwiązania technologiczne. – Dlatego przez pierwszy rok zamiast pracować na nowo uczą się wszystkiego, jakby pierwszy raz mieli z tym do czynienia. A przecież przez ostatnie lata mówili o tym na okrągło podczas zajęć – dodaje.
Nawet po studiach nie jest się kompetentnym i pełnowartościowym pracownikiem, bo wciąż brakuje zwykłych umiejętności. – Nie mam dobrych wspomnień po zatrudnianiu absolwentów. Dlatego organizuję szkolenia dla studentów, aby mogli podpatrzeć, jak ich teoria wygląda w codziennym życiu. To daje bardzo dużo młodemu człowiekowi, ale powinien on oczekiwać tego od swojej uczelni, a nie pracodawcy – wyznaje Mateusz Barka z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Karat.
Uczelnia, określając swoje kierunki, nie patrzy na dziedziny potrzebne na rynku pracy, ale bierze pod uwagę możliwości kadry dydaktycznej. – W Stanach Zjednoczonych akademickie jednostki doradztwa zawodowego informują o ścieżkach kariery, po których wiadomo, czym można się zajmować po ukończeniu konkretnego kierunku studiów. Natomiast u nas sporo przedmiotów jest zupełnie niepotrzebnych – mówi Piotr Sarnecki z Departamentu Dialogu Społecznego i Stosunków Pracy PKPP Lewiatan, ekspert przygotowujący projekt edukacji dla rynku pracy. Według Sarneckiego równie ważne jest promowanie naukowców wykorzystujących nowoczesne rozwiązania i dopuszczenie prywatnych korporacji na uczelnie – w końcu nie ma to jak wiedza przekazana od fachowca.
Tomasz Zdunek
Piotr Zalewski, od dwóch lat student na wydziale mechatroniki Politechniki Warszawskiej. W swoim planie poza stricte technicznymi przedmiotami ma również obowiązkowe zajęcia z socjologii lub struktur Unii Europejskiej:
Najbardziej irytują mnie „odchamiacze”, czyli przedmioty humanistyczne. Skoro wybrałem uczelnię techniczną, to powinienem uczyć się tylko konkretnych rzeczy potrzebnych w przyszłej pracy, a nie poznawać różne teorie greckich filozofów. Gdybym chciał uczyć się o społeczeństwie, to poszedłbym na uniwerek, a tak jestem na politechnice i też muszę o tym słuchać. Dla mnie taki przedmiot oznacza jedynie kilka dni wkuwania na pamięć tuż przed egzaminem.