Od początku lat 90. taksówkarze w Polsce wciąż narzekają na stale pogarszające się warunki pracy i coraz niższe zarobki. Na emigrację zdecydowało się jak dotąd niewielu. Tymczasem w Wielkiej Brytanii zapotrzebowanie na kierowców rośnie. Podobnie jak ich dochody.
Przed dyżurem w piątkowy wieczór Adrian odczuwa lekkie bóle w okolicach brzucha. Nie takie jak przed maturą, ale jednak. Stres nie daje spokoju, gdyż człowiek wciąż zastanawia się, co takiego mu się dziś przydarzy. Bo to, że się przydarzy, jest niemal pewne. Adrian pracował za kółkiem w Polsce, a teraz robi kilometry na Wyspach i doświadczenie ma spore. Ale piątkowy wieczór to dla taksówkarza zarówno czas żniw, jak i droga przez mękę. Przestojów nie ma. Jest ciągły ruch, a linie telefoniczne dyspozytorni rozgrzane są do czerwoności. Funty płyną szerokim strumieniem. Tyle że klientela jest niepewna. Zwłaszcza po północy, kiedy zaczynają się przymusowe powroty, a wypite wcześniej koktajle i zjedzone kebaby próbują wydostać się z żołądków wprost na tapicerkę samochodu Adriana. Do tego jeszcze głośne trzaskania drzwiami, pijackie krzyki, czasem groźby werbalne albo puste kieszenie i jazda na gapę. Takie ryzyko zawodowe. Choć, trzeba przyznać, trochę mniejsze w UK niż w Polsce. Warto się jednak pomęczyć, bo pijackie hojne napiwki rekompensują niewygody.
Ja nie jestem od myślenia, ja jestem od kierowania*
Adrian uczciwie przyznaje, że jazda pojazdem mechanicznym po mieście w celach zarobkowych to nie jest fizyka kwantowa. Sprzęgło, gaz, hamulec, skupienie i brzęczące radio. Dla towarzystwa, jeśli klient jest niezbyt rozmowny. I nie trzeba się spieszyć. Przynajmniej nie tak jak w Polsce, gdzie „złotówy” mają zasłużoną – zdaniem Adriana – opinię piratów drogowych. Na Wyspach jeździ się bez wariactw, zwłaszcza w ciągu dnia, kiedy jazda zamienia się w stanie w korku. Pomysł na pracę taksówkarza na obczyźnie zrodził się w Adrianowej głowie trzy lata temu. Od dwóch lat już był na Wyspach i praca przy segregowaniu warzyw nie dawała specjalnie szans na rozwój zawodowy ani wzbogacenie się. A zostać taksówkarzem w UK jest łatwo. Zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. Private Hire Vehicle, czyli popularny minicab – pracę dla firmy. To taksówki tylko na telefon, które nie zatrzymują się na żądanie. Aby rozpocząć pracę dla firmy, trzeba tylko zgłosić się do urzędu Public Carriage Office i wypełnić odpowiednie dokumenty. Po kilku dniach listonosz przynosi potwierdzenie rejestracji, które można używać jako tymczasową licencję. Ta właściwa dostarczana jest po ok. trzech miesiącach i ważna jest przez trzy lata. Praca dla korporacji nie wymaga myślenia ani kreatywności. Trzeba tylko co miesiąc płacić szefom haracz w wysokości 100 funtów (500 zł) za to, że odbierają telefony i dają zlecenia. Chociaż są też firmy, które z taksówkarzem dzielą się pół na pół za kurs i paliwo, ale według Adriana są to miejsca dla desperatów. Można też od firmy wynajmować samochód i radio, co kosztuje odpowiednio 200 (1 tys. zł) i 80 funtów (400 zł) na tydzień, ale wówczas człowiek kręci kółkiem w jeszcze większym stresie, co negatywnie wpływa na bezpieczeństwo na drodze.
Przebita opona powoduje potężne TURBULĘCJE
Powoli Adrian dojrzewa do pracy na własny rachunek, bo to i pieniądze większe, i godzin pracy mniej. Co prawda trzeba nieco zainwestować w samochód, żeby jako tako wyglądał i był technicznie tip top, ale i tak warto. Człowiek sam sobie ustala grafik wyjazdów, gdy są przestoje, może zjechać do domu, na spokojnie zjeść obiad i pogadać z żoną. Rośnie też prestiż, bo w taksówkarskiej hierarchii kierowca tzw. Black Cab stoi wyżej niż „wyrobnik” z minicaba, a do tego jeszcze staje się turystyczną wizytówką Wysp. Żeby zostać taksówkarskim „prawdziwkiem” i atrakcją, z którą amerykańscy turyści robią sobie zdjęcia, trzeba mieć 21 lat, wypełnić wniosek o licencję, co kosztuje od 150 do 500 funtów (770–2,6 tys. zł) w zależności od regionu, dostarczyć formularz medyczny wypełniony przez lekarza, zaświadczenie o niekaralności, zaświadczenie potwierdzające, że nie zalega się z podatkami (Tax Clearance) i trzy zdjęcia. Następnie zdaje się test złożony z ok. 50 pytań, z których 10 dotyczy przepisów prawa drogowego, 10 samej taksówki, a reszta topografii miasta. Teoretycznie wystarczy 46 proc. poprawnych odpowiedzi, żeby zaliczyć, ale Adrian podejrzewa, że ci z gorszymi wynikami też są nagradzani licencją, bo kierowców na brytyjskich ulicach wciąż jest za mało, o czym świadczą kolejki klientów czekających na postojach.
A ile pan tak wyciągasz, no oczywiście oficjalnie?
O zarobkach Adrian, jak każdy szanujący się doświadczony taksówkarz, mówi niechętnie. Oficjalne dane można znaleźć na stronie mysalary.co.uk. Według specjalistów średnie zarobki taksówkarzy w UK wynoszą 30 tys. funtów (155 tys. zł) rocznie. Wahają się jednak w zależności od regionu. Statystyczny taksówkarz w Yorkshire może np. zarobić 36 tys. (185 tys. zł), a w Szkocji zaledwie 24 tys. funtów (125 tys. zł). Statystyki pokazują też, że mimo kryzysu zarobki brytyjskich kierowców taksówek stale rosną. Warto też pamiętać, że są to kwoty podawane oficjalnie. Według propagandy szerzonej przez zgorzkniałych zazdrośników, taksówkarze w UK, podobnie jak ich polscy koledzy po fachu, są mistrzami w unikaniu płacenia podatków i ukrywaniu swoich prawdziwych dochodów. Ale o tym Adrian nie powie ani słowa, bo z teoriami spiskowymi uczciwy człowiek i tak nie ma najmniejszych szans.
Radosław Zapałowski
*Śródtytuły są cytatami z polskiego serialu „Zmiennicy”