Od kiedy pojawili się na krakowskim Kazimierzu, słowo hamburger nabrało nowego znaczenia. Restauracja LoveKrove nie ma nic wspólnego z fast foodem. Wręcz odwrotnie. Tu zapomina się o pośpiechu. Tu rządzi prawdziwy smak i kultura slow food.
Napoleon z sosem żurawinowym, szpinakiem i camembertem. Apollo, jak na greckiego boga przystało, wypełniony serem feta, oliwkami i ogórkiem. Z Alvaro wystają plasterki kiełbasy, chorizo, rucola i ser. George kusi sosem guacamole. To tylko niektóre pozycje menu serwowane w tym lokalu. Każdy z nich dostał tradycyjne imię z kraju, z którego pochodzą główne składniki kanapki. Skąd tak oryginalny pomysł na biznes? – Z łakomstwa – śmieje się Ola Nowak, właścicielka LoveKrove. – Uwielbiam burgery, a po przyjeździe z Dublina bardzo brakowało mi podobnego lokalu w naszym mieście. Tak narodził się pomysł, żeby wystartować z własną restauracją – wyjaśnia. Sama nazwa to efekt nocnej burzy mózgów z przyjacielem. – Wiedzieliśmy, że ma nawiązywać do naszych usług. Wyszło dość żartobliwie i przewrotnie. Najważniejsze, że szybko się przyjęło – opowiada.
Biznes ruszył w marcu 2010 r. Od tego czasu odwiedzają ich grupy stałych klientów. W weekendy często brakuje miejsc przy stolikach. – To świadczy o tym, że decyzja o przeniesieniu idei burgerowni na polski grunt wyraźnie się opłacała. Kto raz spróbuje prawdziwego burgera, zazwyczaj wraca do LoveKrove po kolejne – dodaje właścicielka.
Przepis na burgerowy biznes
Według statystyk na jedzenie poza domem jako naród wydajemy 20 mld rocznie, to wciąż dwa razy mniej niż Niemcy czy Holendrzy. Ale restauratorzy nie mają powodów do narzekań, coś się zmienia w mentalności Polaków. W zeszłym roku zostawiliśmy w knajpach 1,5 raza więcej gotówki niż jeszcze dekadę temu. Postęp widać też w jakości jedzenia, po jakie sięgamy. Po boomie na fast foody przyszła kolej na zdrową żywność.
Właścicielka LoveKrove mimo małych nakładów na reklamę dobrze wie, jak przyciągnąć klientów. Liczą się dobre opinie. Świeże składniki, naturalne zioła i w dodatku wszystko robione na miejscu. Prócz kanapek dostać tu można sałatki, domowe ciasta i oryginalne koktajle. Hitem jest Bananamama, czyli bananowy koktajl z mlekiem, wanilią i masłem orzechowym. Co jeszcze magnetyzuje klientów? Zdecydowanie atmosfera. Niewielkie białe wnętrze wypełniają kolorowe meble i dodatki w popartowym stylu. Chyba tylko na Wawelu i tutaj klienci mogą usiąść na prawdziwym tronie. Całość klimatycznego obrazka dopina widoczny zaraz po przekroczeniu progu – fantastyczny duży mural na ścianie. Ważne: lokal jest przyjaznym mamom i maluchom, co zdarza się niestety jeszcze zbyt rzadko na gastronomicznej mapie naszych miast.
Sukces w Krakowie pozwolił Oli Nowak na podjęcie decyzji o otwarciu kolejnego punktu, tym razem w stolicy. Warszawski lokal ruszył w maju tego roku i mieści się na świeżym powietrzu, w podwórku warszawskiego klubu 1500m2. Ale ze względu na warunki burgery będzie można kupować tam jedynie w miesiącach słonecznych.
Plusy prowadzenia slowfoodowego biznesu? – Nielimitowany dostęp do jedzenia – żartuje Ola. Dodaje po chwili, że ogromnie dużo satysfakcji daje jej dzielenie się smakami, które sama odkryła. Każdego dnia pozytywne opinie dodają jej energii do działania. – Już mam w głowie kolejny plan na lokal. Ale szczegóły na razie pozostawię w tajemnicy. Mogę tylko obiecać, że LoveKrove smakoszom burgerów szybko da się odnaleźć.
Joanna Bucior