Wielka Brytania to dzisiaj centrum narkotykowe Europy. Mimo akcji społecznych, debat i restrykcyjnej polityki rządzących, konsumpcja środków psychoaktywnych na Wyspach zwiększa się z każdym rokiem. I nikt nie wie, jak temu zaradzić
W ostatnim czasie przez Wielką Brytanię ponownie przetoczyła się debata na temat narkotyków. Rozgorzały dyskusje, organizowano naukowe panele i sympozja. Naukowy zawrót głowy trwał przez kilka tygodni. O narkotykowym problemie Brytyjczyków oraz sposobach przeciwdziałania debatowali eksperci, publicyści i politycy. Dziś wszystko wróciło do normy. A normą jest stale zwiększająca się w Wielkiej Brytanii konsumpcja narkotyków, na którą rząd ma tylko jedną receptę: ostrą i restrykcyjną politykę.
Opium dla biednego ludu
Eksperci, działacze i członkowie organizacji walczących z nałogami bezradnie rozkładają ręce. Wyspy przodują pod względem spożycia kokainy oraz amfetaminy – i to w Wielkiej Brytanii najwięcej jest osób z tzw. narkotykowym problemem, czyli stale zażywających środki psychoaktywne. Brytyjczycy nie są społeczeństwem, w którym po narkotyki sięga się okazjonalnie. Mike Linnell z antynarkotykowej organizacji Lifeline twierdzi, że branie narkotyków na Wyspach ma podłoże kulturowe. Wtóruje mu Petra Maxwell z organizacji DrugScope, która przyznaje, że trudno dokładnie określić przyczynę wysokiego spożycia narkotyków w Wielkiej Brytanii, ale definitywnie ma to związek z kulturą, obyczajowością i, jak to określa, „byciem Brytyjczykiem”. Wymieniane są różne czynniki od długich godzin pracy, przez stres, brzydką pogodę, po tzw. kulturę weekendową, wpływ celebrytów czy wreszcie biedę i brak perspektyw, które były przyczyną postępującej degrengolady w Szkocji w latach 80. To właśnie w tamtym okresie na ulicach szkockich miast pojawiła się tania heroina z Pakistanu. Łatwo dostępne narkotyki trafiły na podatny grunt. Wówczas ludziom z klasy robotniczej dawała się we znaki Margaret Thatcher, szalała inflacja i masowe bezrobocie. Powstawały getta wykluczonych. Młodzi pogrążyli się w alkoholizmie, beznadziei i narkotykach – głównie heroinie. Przegrane pokolenie lat 80. zostało sportretowane w kultowej powieści Irvine’a Welsha – „Trainspotting”. Dzisiaj historia się powtarza.
Liczby, które straszą
Według raportu „Assessing the Scale and Impact of Illicit Drug Markets in Scotland”, przygotowanego na zlecenie szkockiego rządu, uzależnionych od heroiny jest 50 tys. Szkotów (największa liczba wśród mieszkańców Wysp Brytyjskich), cały rynek narkotykowy w Szkocji wart jest 1,4 miliarda funtów (39 proc. zysków generuje heroina), zaś całkowity koszt społeczny i ekonomiczny spożycia narkotyków w Szkocji wynosi 3,5 miliarda funtów – bo oprócz 50 tys. uzależnionych od heroiny, którzy stanowią największy problem społeczny i popełniają najwięcej przestępstw, w Szkocji jest także 115 tys. osób zażywających kokainę, 102 tys. biorących ecstasy, 70 tys. przyjmujących amfetaminę i 352 tys. palących marihuanę. Crack nie jest już tak popularny – pali go niecałe 16 tys. Szkotów. Problem w tym, że choć państwo posiada rzetelne statystki, chęci do działania i odpowiednie środki budżetowe, to jednak z profilaktyką i leczeniem uzależnień nie jest najlepiej. Na miejsce w klinice leczącej i odtruwającej heroinistów czeka się w Szkocji ok. dwóch lat.
Królewna Ścieżka w Londynie
O ile w Szkocji problem stanowi głównie heroina, o tyle w Anglii cichym mordercą okazuje się kokaina. Brytyjczycy pod względem spożycia „koksu” zajmują pierwsze miejsce w Europie. Kokainę regularnie zażywa ponad milion Wyspiarzy. Zanim narkotyk trafi do brytyjskich nozdrzy, przebywa długą i niebezpieczną drogę. Podróż zaczyna się na plantacjach Ameryki Południowej. Potem biały proszek podróżuje do zachodniej Afryki, która jest światowym punktem przerzutowym w przemycie koki, i przez Hiszpanię, Portugalię lub Holandię ostatecznie ląduje na ulicach Londynu, gdzie gram wysokiej jakości kokainy kosztuje niewygórowane 50 funtów, lekko zanieczyszczonej 30, zaś crack zaledwie 15 funtów za działkę. Brytyjski rząd szacuje, że rocznie do Wielkiej Brytanii trafia od 35 do 45 ton kokainy, która zaraz po marihuanie jest najczęściej i najchętniej spożywanym narkotykiem na Wyspach. Według szacunków Home Office (brytyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych), narkotykowy rynek w Wielkiej Brytanii wart jest od czterech do ponad sześciu miliardów funtów rocznie. Z tego tortu korzysta ok. trzystu głównych importerów, trzy tysiące hurtowników i siedemdziesiąt tysięcy ulicznych sprzedawców. Największe natężenie sprzedaży bezpośredniej ma miejsce na głównych ulicach takich londyńskich dzielnic, jak Harlsden, Camden, Brixton, Woodgreen czy Lewisham. Narkotykowy rynek to potężna gałąź brytyjskiej gospodarki, ale przede wszystkim olbrzymie wyzwanie społeczne. Problem polega na tym, że UK walczy z narkotykami przez kompletnie nieskuteczną represyjną politykę.
Pięć lat za trawę
W 1998 r. brytyjski rząd ogłosił dziesięcioletnią strategię mającą na celu rozprawienie się z problemem narkotyków i narkomanii. Z zalewającymi Wyspy środkami psychoaktywnymi postanowiono walczyć na czterech płaszczyznach: międzynarodowej, krajowej, regionalnej oraz lokalnej. Bezowocnie. Foreign Office (brytyjskie ministerstwo spraw zagranicznych) utworzyło Drugs and International Crime Department (Wydział do Walki z Narkotykami i Przestępczością) z rocznym budżetem w wysokości ponad 10 milionów funtów. Instytucja ma za zadanie uganiać się po całej kuli ziemskiej za narkotykowymi przemytnikami, handlarzami i producentami, a także promować ideę walki z przemytem narkotyków na forach ONZ i G8. Mimo to światowa produkcja narkotyków rośnie, podobnie jak przemyt, o czym cyklicznie informuje ONZ. Nieskuteczna jest również represyjna antynarkotykowa polityka na polu krajowym. Na Wyspach narkotyki zaliczane są do trzech grup. Od tego, w której z nich znajduje się dana substancja, zależą kary i sposób ich egzekwowania. Do grupy A zalicza się twarde narkotyki o największej szkodliwości (heroina, kokaina, ecstasy). Za ich posiadanie grozi do siedmiu lat więzienia, a za handel w niektórych przypadkach nawet dożywocie. W skład grupy B wchodzą narkotyki na bazie BMK, czyli amfetaminy, oraz od niedawna również konopie indyjskie (marihuana, haszysz). Za posiadanie trawki grozi do 5 lat więzienia, a za sprzedaż – do 14 lat. Grupa C to właściwie nie narkotyki, tylko głównie pigułki uspokajające i przeciwbólowe dostępne wyłącznie na receptę. Mimo to nielegalne posiadanie niewielkiej ilości takich specyfików może skończyć się upomnieniem lub zatrzymaniem do wyjaśnienia, choć teoretycznie można za to dostać nawet do 2 lat, a za handel – do 14 lat.
Polityku, pozwól brać
Na Wyspach coraz częściej pojawiają się nieśmiałe głosy namawiające do zmiany tej restrykcyjnej polityki. Rządzący są jednak niewzruszeni. W 2009 r. za podważenie narkotykowej klasyfikacji dymisją zapłacił prof. Dawid Nutt, który był przewodniczącym ACMD (Advisory Council on the Misuse), ciała naukowego doradzającemu brytyjskiemu rządowi. Według prof. Nutta, wszystkie narkotyki i używki powinny być sklasyfikowane według szkód, jakie mogą wyrządzić osobom, które po nie sięgają. To zaś oznacza, że alkohol powinien znaleźć się na piątym miejscu – za kokainą, heroiną, barbituranami i metadonem, a nikotyna przed marihuaną, LSD i ecstasy, które są znacznie mniej szkodliwe od papierosów.
Ostra reakcja rządu pokazała, że na nawet minimalną zmianę narkotykowego prawa w UK nie ma szans. Tymczasem przypadek Holandii dowodzi, że im bardziej liberalne prawo narkotykowe dopuszczające legalne zażywanie tzw. miękkich narkotyków, tym mniejsze spożycie narkotyków twardych. Jeszcze lepiej jest w Portugalii, gdzie w 2001 r. wprowadzono przepisy dekryminalizujące posiadanie oraz używanie wszelkich substancji psychoaktywnych, o ile ilość danego środka nie przekracza zapasu na dziesięć dni jego zażywania. Dziś w Portugalii nie tylko drastycznie zmniejszyła się liczba uzależnionych od heroiny, ale także notuje się tam niski odsetek osób sięgających po środki wytwarzane z konopi indyjskich.
Radosław Zapałowski